Forum Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników "RADAR"
Przejdź na stronę główną WWW.RADAR.JGORA.PL
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy  AlbumAlbum   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

WRESZCIE JADĘ PO SPRZĘT

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników "RADAR" Strona Główna -> Wspomnienia z Jeleniej Góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
tadeusz kadow



Dołączył: 06 Kwi 2008
Posty: 104
Skąd: wrocław

PostWysłany: 01 Lis 2009 14:22 pm    Temat postu: WRESZCIE JADĘ PO SPRZĘT Odpowiedz z cytatem

Jeszcze raz będę przebudowywał SD kompanii.
W ogóle wybór pomieszczenia na stanowisko dowodzenia nastręczał trudności - w kompanii nie było wolnego pomieszczenia które można by było na ten cel adaptować.
W dniu mojego przyjścia SD znajdowało się w pomieszczeniu na pierwszym piętrze a przeznaczeniem tego pomieszczenia była kompanijna świetlica.Więc świetlice urządzono w pomieszczeniu które przeznaczone było na salę wykładową.
Na początku stycznia należało rozpocząć "Nowy Rok Szkoleniowy w kompanii".
Z tym "Nowym Rokiem Szkoleniowym"to było istne urwanie głowy.
Wspomnę o tym jeszcze SZKOLENIE ŻOŁNIERZY.
Kiedy na początku stycznia, na otwarcie Nowego Roku Szkoleniowego /było tradycją,że zawsze nowy rok szkoleniowy inaugurował wykładem przedstawiciel wyższego sztabu/ przyjechał tym
razem przedstawiciel Wydziału Politycznego KOPK był jak to określił w protokóle"nie mile zaskoczony"brakiem w kompanii pomieszczenia świetlicowego.
O tym swoim spostrzeżeniu naturalnie poinformował sztab sbrt.
Kiedy ten fakt w sztabie "przetrawiono" - por.Kozik otrzymał telefoniczne od kpt.Obecnego,dowódcy batalionu"pewne"sugestie co batalion sobie myśli o naszym w kompanii postępowaniu w sprawie likwidacji jedynego miejsca przeznaczonego do prowadzenia pracy wychowawczej z żołnierzami.
Przypomniałem dowódcy,że przecież urządzenie SD w pomieszczeniu świetlicy wykonano za akceptacją pomocnika d/s radiolokacji.
Nie zdążyliśmy podjąć próby wyjaśnienia tej sprawy gdyż do kompanii przybył por.Zdzisław Radziwonka,zastępca d/s politycznych.
Wywiązała się wcale nie miła rozmowa kto jest w sztabie sbtr ważniejszy,nie pomogły tłumaczenia o nałożonych kosztach w urządzeniu SD.
Zapadła natychmiastowa decyzja - w tym pomieszczeniu stanowisko nie może funkcjonować i natychmiast ma być rozmontowane.Gwoli wyjaśnienia jeszcze nie jeden raz przeżyję bezmyślność pochopnych decyzji.
Tydzień czasu "Zdzisio" - jak w naszej gwarze nazywaliśmy zastępcę przebywa u nas "w gościnie" i przez tydzień przenosimy SD na parter do izby żołnierskiej.
Ten tygodniowy pobyt zastępcy bardzo żle znosił nasz zastępca ppor.Zdzisław Synoś.Obaj Zdzisie lecz zapałem do siebie nie pałali.
Skutkiem tego przeniesienia znacznemu pogorszeniu uległy warunki zakwaterowania żołnierzy służby zasadniczej.Zagęszczenie na izbach i tak było znaczne wszystkie - sale miały łóżka piętrowe.
Teraz ograniczono jeszcze przejścia między łóżkami.

Kiedy urządzam kolejne SD do kompanii dociera ze sztabu batalionu telefonogram nakazujący mi wyjazd do Warszawy po odbiór nowego sprzętu - "dużej"jak mawialiśmy,radiolokacyjnej stacji wykrywania i naprowadzania.
Było to trochę dziwne gdyż dotychczas po nowe stacje przyszli ich dowódcy udawali się do Żurawicy,tam bowiem znajdowała się składnica tranzytowa.
W miarę jak termin wyjazdu po odbiór się zbliżał wyjaśnia się,że tą "dużą"będzie produkowana w Warszawskich Zakładach Radiowych - radiolokacyjne stacja dalekiego wykrywania i naprowadzania typu NYSA.
Ten typ stacji był już w naszym batalionie znany i nie miał dobrej sławy.
Stacja ta z serii A stacjonowała w kompanii Darsewo/Darżewo/ a jej dowódcą był por.Ryszard Blomka.
Po rocznej "eksploatacji "kiedy nie spełniła warunków do zabezpieczenia działań bojowych plm w Zegrzu Pomorskim zdjęto ją z eksploatacji i jako egzemplarz szkoleniowy skierowana została na poligon przy Akademii Sztabu Generalnego.
Ze sztabu sbrt zapewniano mnie,że stacja którą ja mam odebrać jest stacją z nowej serii C - i stacją nowego typu.
Przed jej odebraniem mam się udać na sześciotygodniowy kurs organizowany przez Wojskową Akademię Technicznej współtwórcę stacji.
Kurs organizowany jest od początku marca do połowy kwietnia.
W kursie uczestniczą jeszcze por.Zdzisław Sikorski,por.Józef Żarów,ppor.Jan Matejunas i ja.
Jesteśmy zakwaterowani w hotelu garnizonowym na Mazowieckiej.
Przed rozpoczęciem kursu z każdym z nas "uszatki" przeprowadzają rozmowę na temat zachowania w tajemnicy wszelkich spraw związanych z poznawanym nowym sprzętem.
W latach 50 i 60 nadzór ze strony "uszatków" nie jednego oficera z wojsk radiotechnicznych mógł przyprawić o "zawrót głowy".
Znałem te wszystkie procedury i byłem do nich przygotowany więc nie zdziwiło mnie kiedy kolejny raz musiałem pisać zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy.
Budziło jednak nasze zdziwienie,że w szkoleniu na które dowożono nas mikrobusem uczestniczył oficer KW.
Krepowało nas to i na nasze zapytanie - dlaczego tak się dzieje? otrzymaliśmy wyjaśnienie "abyście sami zawsze nie musieli wyrabiać sobie przepustek".
Niech i tak będzie.
Tydzień szkolenia w salach WAT-u i tydzień na poligonie przy ulicy Poligonowej miejscu znajdowania się zakładów i tak na przemian.
Ze szkolenia zapamiętałem oprócz naturalnie zdobytej wiedzy na temat nowego sprzętu, śmieszne wydarzenie;na rozpoczęcie szkolenia zgodnie z zasadami dokonaliśmy rejestracji w tajnej kancelarii WAT zeszytów do notatek ze szkolenia które /było to tradycją/ po szkoleniu miano mi przysłać do kompanii.Jakież było moje zdziwienie jak zamiast notatek w maju do naszej tajnej kancelarii wpłynęło pismo z WAT które w swojej treści informowało "że z powodu zawierania wiadomości o charakterze ściśle tajnym o produkcji nowego typu uzbrojenia moje notatki zostały komisyjnie zniszczone".
Z Warszawskimi Zakładami Radiowymi w przyszłości prowadziłem bardzo szeroką korespondencję przy składaniu reklamacji,goszczeniu przedstawicieli zakładu na posterunku kiedy sprawdzali parametry techniczne itp i nigdy takich srogich obostrzeń jak wtedy z notatkami nie stosowano a mnie użytkownika pozbawiono bardzo cennych zapisanych uwag które nam producent sprzętu w czasie szkolenia przekazał.

W pierwszych dniach kwietnia na zakładowym poligonie w stanie oplombowanym przejmuję do eksploatacji fabrycznie nową stację NYSA serii C o końcowym numerze 19C był to pierwszy egzemplarz tego typu stacji.
Pozostali uczestnicy szkolenia rozjechali się na posterunki bo ich stacje były jeszcze w produkcji.
Na początku kwietnia z rampy kolejowej pomogą mi załadować sprzęt na wagony i przez 10 dni transportem kolejowym w raz z eskortą pokonujemy trasę Warszawa - Wejherowo.W Tczewie na bocznicy kolejowej stoimy przez pięć dni gdyż kolejarze nie mogą podjąć decyzji czy transport spełnia gabarytowe normy wysokości ładunku wojskowego.
Przy okazji spędzamy tam w wagonie Wielkanoc.
Mogliśmy to nazwać "turystyczną" ale musiałem nazwać "podróżą rozpaczy" na jej czas żołnierze mieli prowiant tylko na pięć dni na tyle bowiem była planowana a po jej przedłużeniu mogliśmy "w czasie wykonywania obowiązków służbowych ponieść głodową śmierć".
Mogliśmy ale nie ponieśliśmy bo wyratowali nas z opresji tczewscy kolejarze.
Kiedy z biura zawiadowcy stacji usiłowałem nawiązać telefoniczny kontakt z wojskowymi przewozami aby ruszyć ten nieszczęśliwy transport a z kompanią o dostawę nam racji suchego prowiantu i kiedy zawiadowca widząc moje rozpaczliwe wysiłki oraz naszą tragiczną sytuację,że musimy spędzić święta na bocznicy bez środków do życia polecił kolejarzom "samo otwarcie wagonu" stających obok nas na bocznicy wagonów z ładunkiem należącym do Tczewskich Zakładów Mięsnych.
Przyznaję,po ich otwarciu ani dotychczas ani w latach następnych przy tak suto zaopatrzonym na święta wielkanocne stole nie zasiadałem.
W tamtych latach po liniach wojskowych aby nawiązać łączność należało znać dziesiątki pośrednich centrach telefonicznych a w kompaniach radiotechnicznych znaliśmy tylko kryptonimy jakie posiadały nasze pododdziały dlatego moje starania nawiązania łączności spełzły na niczym.

Wreszcie jesteśmy w Wejherowie.
Dziesięć dni w podróży,wykończeni.
Teraz czekamy na pomoc w rozładunku transportu i jazda do Lisewa.
Radiolokacyjna stacja dalekiego wykrywania i naprowadzania NYSA C jak oficjalnie nazywała się stacja która miała być rozwinięta na pozycji bojowej składała się z:

- kabiny nadawczo - odbiorczej C,zamontowanej na podwoziu armaty 105 mm,kabina ta zawierała dwa kanały nadawczo - odbiorcze systemu określania azymutu i odległości oraz dwu piętrowy system antenowy
- kabiny nadawczo - odbiorczej B,zamontowanej na podwoziu armaty 85 mm,kabina ta przeznaczona była do wykonywania pomiaru wysokości lecących celów i wyposażona była w paraboliczny system antenowy
- wóz wskażników w nim: wskażnik kontrolny inżyniera - technika, azymutu-odległości, wysokości,urządzenia przeciw zakłóceniowe/P-Z dla zwalczania zakłóceń aktywnych i pasywnych/,aparatura kontrolno pomiarowa,z tyłu za technikiem planszet "doprowadzania celów",centralka telefoniczna typu ŁP 10 w części operacyjnej wozu stanowisko do zamontowania urządzenia rozpoznawczego NRZ 1.
Część operacyjna oddzielona przedziałem od części ogólnej w której znajdowały się szafki na części zamienne.
Ogrzewanie wozu stanowiły grzejniki elektryczne a w jednym kącie piec na węgiel kamienny.
Piec ten nigdy nie był wykorzystywany.Dobrze już nie pamiętam gdzie i kiedy ale w komunikatach operacyjnych o nadzwyczajnych zdarzeniach czytałem informację o zaczadzeniu się obsługi radiostacji i pamiętając to zdarzenie kategorycznie zabraniałem korzystania z tego systemu docieplania wozu.
Kiedy stacja była w dyżurze bojowym aparatura dostatecznie sama nagrzewała pomieszczenie wozu.
- wóz dla potrzeb naprowadzania LM,w nim panoramiczny wskażnik oraz możliwość zamontowania wskażnika wysokości który musiał być wówczas wymontowany z wozu głównych wskażników,planszet nawigatora,centralka telefoniczna oraz zestaw szaf dla przechowywania części wyposażenia zamiennego
- dwa samochody i na każdym z nich zespół awaryjnego zasilania,agregat prądotwórczy DiDT 400, produkcji Andrychowskich Zakładów,bardzo udany konstrukcyjnie zestaw prądnica i agregat wysokoprężny
- czteroosiowa przyczepa do przewozu systemu antenowego kabiny C
- ośmioosiowa przyczepa do przewozu kabli zasilających
- ciągnik gąsienicowy typu MAZUR wraz podnośnikiem do montowania anten kabiny C,obecnie brak jeszcze ciągnika i pierwszego montowania anten dokonaliśmy pożyczając ciągnik z PGR Chynowo

Aparatura zamontowana była na pojazdach mechanicznych typu ZIS 157.
Każdy z tych pojazdów wyposażony był w sprzęt inżynieryjno saperski:piła saperska,dwa kilofy i po dwie łopaty saperskie na pojazd oraz gaśnice wewnętrzne i zewnętrzne nadto w cztery akumulatory do awaryjnego zasilania kabin aparatury.
Cały zestaw stacji z pośród znanych mi stacji wyróżniał zewnętrznie rozbudowany system okablowania.W porównywalnym typie stacji P 25,lub 30 mimo 6 kanałowego systemu NO było około 1200 kabli to w NYSIE przy dwu kanałowym systemie NO samych kabli koncentrycznych było 3000m a innych kabli sterujących,zasilających znacznie więcej.
Stacje P 25,30 oraz NYSA zwane byłe z powodu bojowego przeznaczenia stacjami mobilnymi/szybko zwinąć i rozwinąć by przebazować na zapasowe pozycje/jednak pierwsze zwijano i rozwijano w czasie do 4 godz / wymogi taktyczne 3 latem 4 zimą/ a NYSA w czasie 8 godz /wymogi taktyczne 8 latem 10 zimą/.
W pierwszych system antenowy przewożony był na ciągnikach ATS które sprawnie mogły podjechać pod kabinę NO na NYSACH specjalnych mało zwrotnych przyczepach które ciągnikiem w pewnej odległości należało ustawić od kabiny a następnie same anteny /waga segmentu około 200kg/przenieść w miejsce montażu ręcznie.
W stacjach NYSA bardzo rozbudowany zabezpieczenia układów elektronicznych bezpiecznikami topikowymi a innych stacjach automatami. W czasie eksploatacji,śmiałem się że z części zamiennych jakie mam na zaopatrzeniu stacji można by złożyć nową stację P 30.
Również różnorodność typów części elektronicznych a szczególnie lamp jakie w NYSIE zastosowano /produkcji NRD,Węgier Czeskich i Polskich/ nie ułatwiały nam bezawaryjnej eksploatacji szczególnie po wyczerpaniu się fabrycznego ich wyposażenia.
Na uzbrojeniu przeważał sprzęt radzieckiej produkcji.
Wiele trudności sprawia zespół obrotowy kabiny,mechanizm wahania anten a szczególnie amplidyny.Do czasu opanowania regeneracji zespołu podwyższonej częstotliwości prawie cały czas po jego awarii "staliśmy"sprzętem na awarii do czasu przyjazdu fabrycznego zespołu.
Sami wiele wnosiliśmy inicjatyw usprawniających eksploatację NYSY.
Często z tego powodu zapraszany byłem do biura konstrukcyjnego WZR Nr.1 na Poligonową w Warszawie.
Powiem nieskromnie, za wprowadzenie usprawnień w eksploatacji stacji otrzymałem kilka nagród od Zakładów w tym finansową w wysokości 5000 zł co stanowiło wówczas znaczną gratyfikację.
Ze strony Departamentu Uzbrojenia MON otrzymałem nawet propozycję przeniesienia do 96 RPW przy WZR i tylko perspektywa 5 letniego oczekiwania na mieszkanie w Warszawie mnie od tego odstraszyła.
W tamtych latach nie widziałem siebie gdzie indziej jak na posterunkach radiotechnicznych, a szkoda!

Kiedy moi koledzy z kursu otrzymywali sprzęt na swoje posterunki często do Powidza gdzie dowodził stacją por.Sikorski i do Ostrowa Wlk gdzie dowodził por.Żarów byłem kierowany służbowo do usprawnienia sprzętu.
Jeszcze przed rozwinięciem stacji na posterunku do kompanii zostaje skierowany pierwszy jej technik - ppor.Adam JAROSZEWSKI.
Adaś jak do Niego się zwracałem pełnił już służbę na stanowisku technik NYSA w Darsewie.
Bardzo dobry specjalista,ofiarny i zapalony technik naprawdę moja "złota rączka".
Adaś miał zawsze czas ,nigdy się nie spieszył ale też nigdy przy nocnej lub dziennej awarii nie wysyłał po mnie gońca. Sam starał się ją usunąć.
Adaś jednak nie lubił rygoru wojskowego i miał delikatnie mówiąc swoje na ten temat zdanie nie zawsze takie ja miałem wtedy mawiał - dowódca to musi a ja jestem technikiem'.
Wkrótce do naszego zespołu dołączyli jeszcze ppor.Edward P. i ppor.Romuald Kurek.
Edek to wielki romantyk i propagator ówczesnego głośnego przeboju Chyły "Cesorz to ma klawe życie".
Były sytuację które wymagały z mojej strony częstego sprowadzania romantyka na ziemię.
Po dwu latach wspólnej służby,spotkamy się jeszcze raz za trzy lata,ja już jako dowódca kompanii i Edek dalej technik.
Spotkanie nie było dla romantyka przyjemne o mało nie zaowocowało wnioskiem o dyscyplinarne zwolnienie.
Romek najsprawniejszy fizycznie z naszej obsady,pełni zapału do życia.Oficer do realizacji każdego zadania.Zawsze chętny,dysponujący czasem.To właśnie Romek obliczył ile to metrów kabli na wyposażeniu posiada nasza stacja i ile bezpieczników i lamp zapasowych kryją nasze ZIPY.Sam z własnej woli wziął na swoje barki całą gospodarkę częściami zamiennymi i przyznaję to z wdzięcznością w czasie przekazywania sprzętu swojemu następcy bilans stanu faktycznego był na zero.
W komplecie zespołu części zamiennych naszej stacji posiadaliśmy szeroką gamę aparatury pomiarowej;przyrząd do badania lamp,AWO,wszelkiego rodzaju testery,specjalistyczne kolby do lutowania i biada każdemu łącznie ze mną który bez zgody Romka podjął by próbę prywatnego wykorzystania tych rzeczy.
Przez dwa i pół roku wspólnego działania stanowiliśmy zgrany zespół.
Były sytuacje kiedy za póżno lub wcale w czasie dyżuru nie wykryto obiektów powietrznych lecz nigdy nie szukaliśmy winnych poza naszą załogą.
Wszyscy trzej byli stanu wolnego i przysięgli,że kto pierwszy ten stan zdradzi pozostali przez tydzień nie będą trzeżwymi.
Przykro mi to wspomnieć,pierwszym był Romek i taki słowny,uczynny oficer słowa nie dotrzymał.
Do dzisiaj to wspominam chociaż zakład mnie nie dotyczył bo w chwili jego zawierania byłem żonaty ale cicho łudziłem się,że będę jako dowódca w chwilach roztrzygających chociaż na jeden dzień zaproszony.
Wspólnie działaliśmy na rzecz dobrego wykonania zadań przez wszystkich żołnierzy naszego zespołu.
Dowodzenie stacją rozpocząłem z jednym technikiem i bez żadnego etatowego podoficera zawodowego a w czasie tych lat zwerbowaliśmy do służby nadterminowej 11 żołnierzy służby zasadniczej którym na wniosek dowódcy kompanii nadano stopnie podoficerskie.
Czterech z nich pełniło służbę w naszej załodze a kpr.nadterminowy Roman Wicher i Zygmunt Stheimetz zawierając związek małżeński z siostrami zostali szwagrami.Obaj za moją namową już jako dowódcy kompanii, w Wejherowie zdali maturę i zostali awansowani do stopnia chorążego.kpr.nadterminowy Józef Wójcik pełnił służbę na stanowisku dowódca drużyny operatorów RLS JAWOR.

SZKOLENIE W PODODDZIALE
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników "RADAR" Strona Główna -> Wspomnienia z Jeleniej Góry Wszystkie czasy w strefie GMT
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group